Anna Skwarek – “Brązowa łza” – Wyróżnienie w kategorii proza

Powrót

 


Anna Skwarek
(ama)
Wyróżnienie w kategorii proza
Tęczowy Konkurs Literacki II edycja

Brązowa łza

Brązowa kropla herbaty bez pośpiechu spłynęła po kolorowym kubku, co mimowolnie sprawiło, że przypomniałem sobie łzę z tamtego popołudnia. Wyciągnąłem palec serdeczny i wytarłem ją tak, jakby gładka powierzchnia kubka była w rzeczywistości jej skórą na policzku. Spojrzałem na mokry opuszek palca, położyłem go na moich ustach i zamknąłem oczy. Poczułem, że był słony. Podniosłem kubek i wypiłem całą herbatę w ciągu kilku sekund. Zupełnie tak, jakbym nie chciał, by jej ból jeszcze istniał, rozcieńczyłem go herbatą i uśmiechnąłem się smutkiem.
Poczułem, że chciałbym ją pocałować. Tak po prostu dotknąć moimi wargami jej warg. Chciałbym, żeby nie był to jeden z tych dobrze znanych, niczym nie różniących się codziennych buziaków na dzień dobry, do których tak szybko można przywyknąć i zapomnieć o ich istotności. Chciałbym, żeby był zwykły w swej prostocie, lecz wyjątkowy w swym istnieniu w danej chwili. Chciałbym, żeby uśmiechnęła się wtedy i powiedziała:
- Niesamowite. Dawno mnie tak nie całowałeś.

Uśmiechnąłbym się wówczas i pożałował, że, faktycznie, dawno jej tak nie całowałem. Jej roześmiane oczy popatrzyłyby wtedy na mnie, po czym odeszłaby do kuchni, by przygotować kolację, a ja obserwowałbym jej cudowne stopy z paznokciami pomalowanymi na fioletowo, lekko stąpające po sosnowej podłodze naszego domu. I pomyślałbym sobie, jakim jestem szczęściarzem, że jest ze mną, że chce być ze mną, że mnie wybrała… I potem znowu pomyślałbym sobie, że jest piękna, i wspaniała, i że nie chcę nikogo innego. I nie powiedziałbym tego na głos i teraz, siedząc przy tym pustym, kolorowym kubku, żałowałbym wszystkiego jeszcze bardziej.

Była taka zaskakująca, taka ciepła i kochająca. Była słaba, delikatna i wrażliwa, ale tamtego popołudnia udało jej się być wyjątkowo silną. Po jej policzku płynęła tylko ta jedna, słona łza, której nie mogłem już zatrzymać. Wpatrywałem się w nią, jak powoli przesuwa się w dół wzdłuż jej słodkiego noska, zawiesza na jego prawym nozdrzu i delikatnie opada na usta krzyczące:
- Wynoś się!

Byłem pewien, że gdy tylko wyszedłem z domu, porozrzucała wszystkie poduszki po sypialni, po czym wybuchła okropnym płaczem. Był to ten rodzaj płaczu, z którego – wydaje się – nie ma wyjścia, bo był to płacz, który się nigdy nie kończy i który zostaje w nas na zawsze. A ja nawet nie mogłem podnieść i poukładać tych poduszek, tak samo jak nie mogłem zatrzymać jej łzy. Nie mogłem też zdjąć wiszącej na ścianie ramki z jej zdjęciem, którą mijałem schodząc po schodach. A było to moje ulubione zdjęcie. Nadal wisi tam i się kurzy, albo już go nie ma. Pewnie spaliła je w kominku wraz ze stosem innych jeszcze tego samego wieczora, bo to ja je zrobiłem. Wywołałem wtedy najpiękniejszy uśmiech w jej życiu, a tamtego popołudnia byłem sprawcą największego smutku we wszechświecie.

Jestem pewien, że wszystko spaliła i na pewno wyglądała cudownie w świetle płomieni iskrzących się w kominku, mimo jej opuchniętych od płaczu oczu. Jestem pewien, że przypomniała sobie wówczas naszą pierwszą noc przy tym kominku i jestem pewien, że zapragnęła spalić wtedy cały dom.

Tamtego ranka, tydzień przed tamtym popołudniem, w walizce, jedna po drugiej, lądowały moje świeżo wyprasowane koszule, krawaty i spodnie, układając się w bezkształtną stertę materiałów. Spieszyła się do pracy, ale tak naprawdę robiła wszystko, aby zostać w domu jeszcze kilka minut. Wiedziałem, że już za mną tęskniła.
Podeszła do walizki i zaczęła starannie układać rzeczy, które przed chwilą prasowała, a które ja bez większego uczucia skazałem na pogniecenie. Uśmiechała się przy tym. Wiem, że wtedy kochała mnie za wszystko, nawet za to, co zwykle przyprawiało ją o czystą złość.

Podszedłem do jej pleców i przytuliłem ją. Później delikatne pocałowałem jej kark i szyję. Wiedziałem, że to uwielbia i wiedziałem, że nikt inny nie potrafi całować jej tak jak ja. Poddała się elektryzującemu uczuciu i westchnęła lekko. Po chwili stanęła sztywno na nogach i spytała:
- Jakbyś mnie dotknął, gdybyś mógł to zrobić po raz ostatni?

Wyśmiałem ją wtedy, w ogóle nie zastanowiwszy się nad znaczeniem jej słów i figlarnie poklepałem jej pośladek. Potem odprowadziła mnie do samochodu, a ja pojechałem na lotnisko, by odlecieć do Oslo na kilkudniowy wyjazd służbowy.

Teraz wiem jak dotknąłbym ją, gdybym mógł zrobić to po raz ostatni. Teraz wiem, że pocałowałbym ją i przytulił do siebie tak, by przywarła do mojego ciała najmocniej jak to tylko możliwe. Teraz wiem, że nigdy bym jej nie wypuścił. Nigdy.
Czasem chcielibyśmy coś naprawić albo przynajmniej nie zepsuć. Odwołać słowa wypowiedziane przed chwilą czy odwrócić bezmyślne czyny. Przecież tak niewiele brakuje, żeby nam się udało – tylko kilku sekund. Wszak to gesty, słowa i czyny, decyzje podejmowane w przeciągu sekund determinują nieraz całe nasze życie. Tak niewiele brakuje! Czymże jest bowiem sekunda w obliczu godziny, dnia i roku… Jest jak niezauważalne ziarenko piasku na afrykańskiej pustyni. Nie gra żadnej roli, nikt go nie zauważa, po prostu jest pomiędzy innymi ziarenkami, tworzącymi cały krajobraz naszego życia. A mimo to niemożliwe jest, by cofnąć tę jedną sekundę, w której klamka zapadła. Zapadła zupełnie tak jak wtedy, gdy zamknąłem za sobą drzwi naszego domu.

Pięć sekund wystarczyło, by spakować aparat do walizki. Cztery sekundy, by zgodzić się na zaproszenie koleżanki z pracy i wejść do jej pokoju hotelowego. Trzy, by zgodzić się na kieliszek wina. Dwie, by dać się uwieźć. I jedna, by dla zabawy włączyć przycisk „record” na aparacie.
I jedna, by o tym filmie zapomnieć.

I także jedna sekunda nagrania wystarczyła, by moja żona wyrzuciła mnie ze swojego życia.

- Dolać ci herbaty? Siedzisz nad pustym kubkiem. Kiedy idziesz spać? Poczekam na ciebie w łóżku.

Kiedy mamroczę ciche „mhm” w kierunku kobiety, z którą mieszkam od dwunastu lat, do nowo nalanej ciepłej herbaty wpadają dwie słone łzy.
Smutek.
Wypiję go, zduszę w sobie, przetrawię. Liczę na to, że w końcu zniknie. Kiedyś musi.
Szkoda, że łez nie można spalić. Nawet rozcieńczone, wciąż gdzieś tam są.


>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.