Damian Kopeć godło: maruda wyróżnienie

Powrót

 


Damian Kopeć
godło: maruda
wyróżnienie

 

 

 

Plotka rosła jak ciasto drożdżowe podsycana typowo ludzką, niezdrową ciekawością. Mentalnością wyrosłą na bazie bulwarowej prasy, w której normalnym było pisanie o dzikiej krowie uczącej się języka hiszpańskiego czy o porwaniu premiera przez kosmitów w celach badawczo-rozwojowych. Plotka rosła jak grzyb atomowy w wyniku raz wywołanej reakcji termojądrowej. Nikt i nic nie mogło jej zatrzymać. W Stonce straszy! – szepty wtajemniczonych unosiły się nad okolicznymi chodnikami i schodami, nad rabatkami i zaśmieconymi trawnikami. Grzechotały między szkłem potłuczonych butelek, między kolorowymi puszkami z resztkami wybornych piw, petami markowych papierosów w pośpiechu lądującymi gdzieś w okolicy nóg wiecznie spieszących się palaczy.
Stonka to taki nasz osiedlowy supermarket, lokalna świątynia do której na święto zakupów garną się tłumy wyznawców prawdziwie okazyjnych cen. Typowa prosta hala, pudełko pełne ludzi i towarów mocno zróżnicowanej jakości. Tętniąca życiem, ożywająca w dni dostaw, poddana dziwnemu rytmowi kolejnych niesamowitych, dosłownie zwalających z nóg promocji. W Stonce zawsze najtaniej! – wywieszone nad wejściem hasło zwracało uwagę głównie niesamowitym szelestem materiału na którym zostało wypisane jaskrawymi kolorami.

– Wyobraź sobie Teodoro, że to było straszne. Jak w tym filmie… no tym znanym… zaraz, mam to na końcu języka… no Ring! Z tym znanym aktorem, no takim świetnym, ech na pewno sobie przypomnę, no może później.
- I wie pani, chipsy się poruszały w paczkach. Szeleściły tak jak dusze potępionych. Niech im ziemia lekką będzie. Podobno te duchy, a może tylko jeden duch, tego tak naprawdę nie wiadomo, w tych paprykowych się zalęgły. Mówią, że to klątwa jakiegoś klienta, co poważnej niestrawności się nabawił! Przeklął producenta i jego produkty!
- Nabiał maszerował! Ten pan z sąsiedniego bloku widział na własne oczy! Serki, kefiry i jogurty szły czwórkami między półkami. To podobno było niesamowicie przerażające! Jak ten zielony groszek tańczący w reklamie telewizyjnej!
- Z salami spadały krople świeżej krwi, aż plama się zrobiła taka, że nie mogli jej niczym usunąć. Wezwano ponoć specjalistę, z odległej Mongolii, takiego skośnookiego speca od przeklęć, ale nie dał rady. Dopiero woda z tego słynnego źródełka pomogła, no z tego znanego… tak, tak, tego. Choć Kowalska mówiła, że jakaś dziwna ta cała cudowna woda, bo w sklepie potem strasznie chlorem było czuć.

Wypieki na twarzy, przyspieszone oddechy, bicie serca całkiem niezłe jak na osiągnięty wiek – ludzie znowu poczuli, że żyją. Serca znudzonych szarością dnia emerytów i umęczonych niełatwym życiem rencistów wypełniła po brzegi plotka, że przyjeżdżają ekipy największych telewizji, a Stonka będzie pokazywana w kilku programach i to na żywo. Wszyscy liczyli na to, że i oni coś powiedzą od siebie, że będą mogli pozdrowić znajomych i rodzinę, że w końcu będą w telewizji i to w roli najbardziej godnej, w roli uczestników wielkich wydarzeń. Grzebali w szafach, szukali ubrań stosownych do sytuacji. Okoliczne zakłady fryzjerskie odnotowały nagły wzrost klientów. Panie robiły trwałe i to podwójnie. Panowie przycinali resztki włosów, które im jeszcze nie wypadły. Niektórzy z uporem, wiele godzin dziennie trenowali wypowiedzi przed lustrem. Oceniali, który profil będzie w kamerze bardziej wiarygodny i kto w towarzystwie znanego dziennikarza wypadnie najlepiej. W okolicznych mieszkańców wstąpił zaiste nowy duch. Nagle wszystkim, nawet tym chronicznie schorowanym zachciało się po prostu żyć. Ich pupile, pieski, kotki a nawet rybki znakomicie dostosowały się do tej podniecającej atmosfery. Szczekały dwa razy więcej i półtora razy głośniej, miauczały wyjątkowo przeciągle, pływały o wiele energiczniej niż dotychczas. Wielkimi krokami zbliżał się ów wielki dzień. Dzień prawdy.

Aż nadszedł czas, któremu tym razem, jak oceniła większość, nie spieszyło się za bardzo. Telewizja przyjechała i owszem, niestety tylko jedna, lokalna. Okazało się, że robią jakiś nudny program o życiu przeciętnego, szarego obywatela. O pracy, jej warunkach, zadowoleniu z życia. Bohaterką była znana większości klientów z widzenia, nigdy nie rzucająca się w oczy kobieta w średnim wieku. Od paru lat pracowała w Stonce z uwagą i po cichu rozkładając towar na półkach, podczas gdy mijały ją setki podekscytowanych klientów, przepychających się i popychających bez żadnej gracji.
Klęska! To co się wydarzyło było takie zwyczajne, takie obrzydliwie normalne, takie zwykłe jak szare mydło. Ludzie czuli się jakby odarto ich z najlepszej cząstki ich samych. Jakby wycięto im z serc pozytywne, rozpalające do czerwoności emocje, a na to miejsce wsypano kubeł topniejącego, brudnego lodu. Jedyną ciekawostką, ale za to żadnym pocieszeniem, był fakt, że owa bohaterka programu nazywała się Zuzanna Duch. I nie był to żaden kolejny ekscytujący fakt medialny, tylko szara, nudna, goła prawda.


>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.