Rozdawnictwo i godnościowa bieda


spis
prof. Marek S. Szczepański
Notatnik spóźnionego przybysza

Notatnik spóźnionego przybysza
Rozdawnictwo i godnościowa bieda

Spacer jedną z pryncypalnych ulic Katowic, Jagiellońską, może być poruszający i pouczający zarazem. I to z wielu powodów. Trudno bowiem bezrefleksyjnie minąć wielkogabarytowy gmach Urzędu Wojewódzkiego, wzniesiony w międzywojniu, służący niegdyś Sejmowi Śląskiemu i jego parlamentarzystom. Tuż obok Dezember Palast, dzieło życia towarzysza Zdzisława Grudnia, regionalnego cysorza, o ambicjach genseka, który notorycznie mylił Afganistan z Pakistanem, a w chwilach zwątpienia językowego uzupełniał zdania nieśmiertelnymi dziś frazami: Wicie towarzysze, rozumicie…. Kilkaset metrów dalej siedziba Górnośląskiego Towarzystwa Charytatywnego, wyraźnie inna na tle pierzei tworzonej przez stare kamienice. Tłoczy się przed nią spory zazwyczaj, niekiedy kilkudziesięcioosobowy, tłum. A to oznacza, że dziś działacze i wolontariusze rozdają żywność, odzież czy drobne utensylia potrzebne w każdym domu. W tłumie młodzi i starzy, kobiety, mężczyźni i dzieci, często szare twarze sponiewierane przez alkohol, denaturat czy używki. Ale całkiem niemało ludzi rześkich w sile wieku raźno komentujących ten niesprawiedliwy świat. Trudno oprzeć się wówczas wrażeniu, że pomagać trzeba wszystkim, pamiętając wszelako, ze bezwarunkowe rozdawnictwo skrajnie demoralizuje i demobilizuje, zniechęca do potu, męki i wysiłku. Pomnaża profesorów biedy i prawników niedostatku. Dokuczliwa staje się też świadomość, ze gdzieś w Tychach, Katowicach czy Koszalinie mieszkają na przykład stare wdowy, wyczekujące na przysłowiowy emerycki grosz, skrupulatne wyliczony przez państwowego ubezpieczyciela. Takie choćby jak Pani Balbina, osamotniona od wielu lat, starannie rachująca każdą złotówkę, zapisana wbrew własnej woli do tej swoistej szkoły przetrwania, płacąca jednak regularnie czynsz i światło, oszczędzająca na jedzeniu, lekarstwach i środkach higienicznych. Balbina nigdy nie wybierze się do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, magistratu czy towarzystwa charytatywnego. Ten rodzaj supliki jest Jej całkowicie obcy, niegodny i niehonorowy. Spotykam wiele przejawów tej godnościowej biedy i w takich sytuacjach mam pewność, ze model zaopatrzenia w III, czy może już, IV RP wymaga radykalnych zmian. Tym, którzy znaleźli się na marginesach życia, z własnej czy nie z własnej winy, podać należy pomocną dłoń holownika, jak powiedziałby poeta. Dbać jednak trzeba, aby ci z nich, którzy są silni, zdrowi lecz leniwi otrzymywali pomoc w zamian za swoisty biznesplan na życie. Dostajesz wsparcie, ale naucz się podstawowej reguły: pomóż sam sobie, a bank, niebiosa, opatrzność i ludzie ci pomogą. To rodzaj kontraktu z wykluczonym, wysiłek na rzecz jego mobilizacji, próba przerwania błędnego koła roszczeń, nicnierobienia i narzekań adresowanych do tajemniczych onych. To także próba zniesienia syndromu somalijskiego, jak określa się go w żargonie naukowym. Oto bowiem okazało się, że po wojnie dwóch nędzarzy świata, Etiopii i Somalii, w obozach dla uchodźców ulokowano tysiące osób, które do perfekcji opanowały sztukę życia z pomocy międzynarodowej. Rytm ich dni, tygodni, miesięcy i lat wyznaczały regularne zrzuty z powietrza pojemników z pomocą, a nie poszukiwania szans na wyrwanie się z obozowej przestrzeni. W tych bieda-campach dorastają kolejne już pokolenia, mające o wojnie mgliste na szczęście pojęcie, wypatrujące jednak w niebo i czekające na ustalony rytuał cargo. Trudno też powstrzymać się przed krytyką pasywnych form pomocowych, mnożących, mimo urzędniczej woli, grupy nieudaczników, przekonanych, że należy się im wszystko, a marny ich los jest dziełem społecznego spisku, nieudolnej polityki i przypadku, zrządzeniem złych mocy, a nie rezultatem zdarzeń zawinionych przez nich samych. Bogatsze i sprawniejsze kraje zupełnie inaczej zaopatrują godnościową biedę niźli dzieje się to w transformacyjnej Polsce. Znając organiczną niechęć do wyciągania dłoni przez tę grupę ludzi, kierują pomoc poprzez wspólnoty sąsiedzkie, skupiające lokalne autorytety i gwiazdy socjometryczne, znakomicie rozeznane w rzeczywistej sytuacji miejscowej społeczności. Może warto te wzory rozważyć, choć wymagają one większego wysiłku niźli wypłaty czy wydawki odzieży i żywności, jak się je nazywa we wtajemniczonych kręgach. Bezwzględnie uprzywilejowani w tym mobilizacyjnym wysiłku winny być najmłodsi, osoby bezradne, opuszczone, lokowane w domach dziecka. Bidule, przy pełnym szacunku dla wysiłku ich personelu skazują pensjonariuszy na kłopoty adaptacyjne w projektowanym życiu i brak samozaradności. Stukrotnie lepiej przeznaczać pieniądze na tworzenie mieszkań usamodzielniających, z własnym budżetem i życzliwym nadzorem personelu pedagogicznego. Oto bowiem osiem dziewczynek z tyskiej ulicy Ejsmonda musi w dwupokojowym mieszkaniu uczyć się współpracy, podziału obowiązków, prania, prasowania, zakupów, oszczędności, słowem codziennej mordęgi. Bidul na ogół tego nie wymaga, choć bywają coraz liczniejsze i na szczęście zaraźliwe wyjątki. Kontraktowanie działań to zdecydowanie lepsza droga wsparcia biedy niźli proste jej zaopatrywanie. Z całą pewnością z tą elementarną prawdą zgodziłby się Alexis de Tocqueville. Dobroczynność ustawowa – pisał ten niezrównany analityk amerykańskiej demokracji – wywiera na wolność ubogiego wpływ równie zgubny, co na jego moralność.
Marek S. Szczepański



>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.