Europa Nostra: Czy warto być europejczykiem?


spis
prof. Marek S. Szczepański
Notatnik spóźnionego przybysza

 

Notatnik spóźnionego przybysza
EUROPA NOSTRA: CZY WARTO BYĆ EUROPEJCZYKIEM?

Zakończenie rozmów akcesyjnych przez dziesięć krajów aspirujących do Unii Europejskiej, a następnie jej poszerzenie, odnowiło i zdynamizowało dyskusję nad tożsamością Starego Kontynentu, jej wymiarami i płaszczyznami. Debacie sprzyjały także kłopoty związane z ratyfikacją traktatu konstytucyjnego, dobitnie świadczące o głębokich podziałach i konfliktach w obrębie integrującej się Europy. Powstaje oczywiste pytanie: na jakich podstawach budować można nową tożsamość europejską lub też jakie czynniki mogą sprzyjać jej powstawaniu? Warto też zdefiniować spadkobiercą jakich tradycji i kultur jest Stary Kontynent? W szerokiej definicji dziedzictwa pomieścić można Sumer, Babilończyków, Asyryjczyków, elementy kultury perskiej, Egipcjan, Żydów, Fenicjan i ich kartagińskich spadkobierców, kulturę minojską na Krecie, cykladzką, mykeńską, Hellenów wraz z ich doryckimi praszczurami, Etrusków i wreszcie najbliższych nam w czasie Rzymian – w tym również, rzecz jasna, chrześcijan. Wszystkie te elementy stanowią wyznaczniki kulturowej tożsamości Europejczyków. Tu również ma korzenie upowszechniona obecnie na Starym Kontynencie idea społeczeństwa obywatelskiego. Trudno w tym kontekście nie wspomnieć o sokratejskiej cnocie wiedzy (arete), Arystotelesowskiej koinonia politike, czy Cycerona societas civilis. Ich dzieło rozwinął wpisany w tradycję myśli europejskiej Immanuel Kant, budując koncepcje bürgerliche Gesellschaft. To dziedzictwo jest jednak przez wielu kwestionowane, a pominięcie w traktacie konstytucyjnym zapisu o chrześcijańskich korzeniach Europy jest jednym z licznych na to dowodów. Także referencje judeochrześcijańskie traktowane bywają jako przejaw politycznej poprawności dominującej na Starym Kontynencie.

Budowaniu nowej tożsamości europejskiej, o której wielokrotnie mówili Tony Blair, Jacques Chirac czy Gerhard Schroeder, towarzyszyć winno przekonanie, że ten żmudny proces opiera się na przynajmniej pięciu wymiarach: identyfikacji indywidualnej, lokalnej, regionalnej, narodowej i kontynentalnej, czy nawet szerzej – globalnej. Trudno sobie wyobrazić, że w jakimś zdefiniowanym czasie powstaną różne odmiany utrwalonej tożsamości kontynentalnej. Jeśli ujawnią się jej zręby, to będzie to splot ciągłych przemian, przekształceń i stałego powstawania. Ważne jest, aby w tym procesie akcentować zróżnicowanie lokalne i regionalne Europy, jej mozaikowość etniczną, narodową, religijną, kulturową i cywilizacyjną. Tym samym, szczególnie istotne jest eksponowanie otwartości na te zróżnicowania i odrzucenie postawy nagannego europocentryzmu czy zamknięcia.

Powstawaniu zróżnicowanych zrębów tożsamości europejskiej sprzyjać mogą pewne podobieństwa w fundamentalnych celach rozwojowych realizowanych – z różnym skutkiem – zarówno w piętnastu krajach starej Unii Europejskiej, jak i w dziesięciu państwach, włączonych w 2004 roku do tej organizacji. Wszystkie bowiem zakładają, że ich rozwój polityczny zorientowany jest na ugruntowanie rozmaitych odmian demokracji, a zmiany ekonomiczne winny doprowadzić do udoskonalenia gospodarki rynkowej. Ten ostatni typ modernizacji miałby ograniczyć zakres niedostatku, bezrobocia i wykluczenia dużych grup ludzi żyjących przecież w zamożnych krajach. Kraje Unii i kolejni aspiranci (Bułgaria, Rumunia czy Chorwacja) zgodnie też uznają za główny cel przeobrażeń społeczno-kulturowych utrwalanie tradycji społeczeństwa obywatelskiego. Przypomnijmy jedynie, że jest ono oparte przede wszystkim na pierwiastku tolerancji wobec inności: rasowej, narodowej, etnicznej, religijnej i wreszcie seksualnej. Wszystkie badania sondażowe realizowane w Polsce i różnych jej regionach wskazują wyraźnie na potencjalne kłopoty z respektowaniem niektórych odmian społecznej inności, zwłaszcza zaś – seksualnej. Oprócz tolerancji, archetypicznymi elementami societas civilis są także uczestnictwo, zaangażowanie, oparte na demokracji, gospodarce rynkowej i prawach człowieka, w tym również tych związanych z wyrażaniem zróżnicowanych autoidentyfikacji.

Trudno tymczasem nie zauważyć, że w Polsce uczestnictwo w organizacjach pozarządowych i ruchach społecznych czy obywatelskich jest skromne, a jego poziom znacząco niższy niźli w krajach starej piętnastki unijnej. Optymistyczne zabrzmi w tych okolicznościach informacja, że partycypacja obywatelska tego rodzaju – działalność w rozmaitych fundacjach i stowarzyszeniach lub wspomaganie ich w różnorodnych formach – powoli, ale jednak stale, wzrasta. Podstawowym kłopotem przez wiele lat był w Polsce brak dobrego prawa w tym zakresie. Ostatnio jednak sytuacja zaczęła zmieniać się na korzyść – przykładem może być Ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie z dnia 24 kwietnia 2003 roku, która normuje sytuację prawną fundacji i stowarzyszeń. Jednocześnie ustanawia ona okoliczności, w jakich państwo za pośrednictwem władz samorządowych może część swoich kompetencji wykonawczych w zakresie działań prospołecznych scedować na ręce obywateli, zrzeszonych w organizacjach pożytku publicznego. Pozwala to włączyć się w struktury społeczeństwa obywatelskiego ludziom, którzy nie chcą mieć bezpośredniej styczności z polityką sensu stricto.

Innym problemem jest brak świadomości społecznej istnienia tego rodzaju możliwości uczestnictwa społecznego. Przedstawiciele organizacji pożytku publicznego pozytywnie oceniają nowe ustawodawstwo, zwykli obywatele jednak bardzo często nie dysponują nawet podstawowymi informacjami na ten temat. Zaledwie 15 % podatników słyszało o „zasadzie 1%” (kwota podatku, jaką każdy może wpłacić na konto wybranej organizacji pożytku publicznego). Polacy potrafią wskazać tylko kilka, najbardziej znanych fundacji i stowarzyszeń (jak Polski Czerwony Krzyż, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, Polska Akcja Humanitarna czy Caritas). Pozytywny jest natomiast fakt, że ponad 40 % deklaruje, że zdecydowałoby się skorzystać z możliwości stworzonej przez ustawodawcę; oznacza to brak wiedzy, a nie – dobrej woli, wśród członków naszego społeczeństwa. Polska słabo wypada tutaj w porównaniu z Węgrami, gdzie podobne prawo funkcjonuje od kilku lat, a z „zasady 1%” korzysta blisko 1/3 podatników, najwięcej funduszy przeznaczając na edukację i lecznictwo.

Wydaje się, że świat, choć pozornie skurczył się dzięki nowoczesnym formom komunikacji, dla ludzi stał się jednak zbyt wielki; lekarstwem na brak poczucia przynależności, na niedostatek właśnie owej identyfikacji emocjonalnej, nie mogą być afiliacje kontynentalne czy globalne. Nawet poziom narodu wydaje się często zbyt abstrakcyjny – wszak to tylko wspólnota wyobrażona, jak słusznie powiada Benedict Anderson. Właściwy poziom identyfikacji, taki, który w pełni umożliwia społeczną realizację jednostkom i grupom, to poziom lokalny i regionalny. Wspinanie się na kolejne szczeble powinno być w tym kontekście postrzegane jako działanie równoległe, pozostające w tle rzeczywistego życia społecznego człowieka – tworzenie drugiego planu, dopełniającego świadomość współczesnego Europejczyka.

Marek S. Szczepański



>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.