Starość rewolucjonisty – Kuba w oglądzie spacerowicza i włóczęgi


spis
prof. Marek S. Szczepański
Notatnik spóźnionego przybysza

 

Starość rewolucjonisty
Kuba w oglądzie spacerowicza i włóczęgi

Zygmunt Bauman emerytowany socjolog Leeds University opisał kiedyś różnorakie typy człowieka, jak go sam nazwał, ponowoczesnego. Pojawił się zatem i włóczęga, i spacerowicz. Etykieta zależała od sposobu widzenia świata, jego traktowania i odczytywania. Cechą wspólną dla obu wzorów osobowości jest stały ruch, uczestnictwo w spektaklu życia codziennego, granego bez przerwy na ulicach, placach i w miejskich zakamarkach. Istotą życia spacerowicza jest zabawa, a włóczęgi – potyczki ze światem nieznośnie niegościnnym. Typologia Baumanna może być użyteczna w relacji z krótkiej, zapewne niepogłębionej, wizyty turystycznej na Kubie, w środku polskiego lata 2003, zawierającej zaledwie impresje, obrazy, a nie ugruntowana wiedzę naukową.

  • Kelner z langustą i starzec z rybą
  • Większość turystów podróżujących na Kubę trafia na półwysep Varadero, dwunastokilometrowy, wyraźnie odseparowany od okolicy, kontrolowany od wjazdu wieżą strażniczą. Piękne malownicze plaże, czysty ocean, hotele wysokiej i najwyższej klasy, a w nich dyskretny i życzliwy personel. Hotele ulokowano w odrębnych zatoczkach, z każdej strony chronionych przez dżentelmenów w służbowych strojach, z walkie-talkie, ale bez broni. Ochrona jest wszechobecna i pracuje tam gdzie pojawia się turysta. Szukający zatem słońca i radości wakacyjnej, sun and fun, poczują się tutaj jak w raju, bezpiecznie, dostatnio. Nie przeszkodzi im zapewne dyskretnie ulokowany kącik historyczny z panteonem narodowych bohaterów Kuby, eksponujący szlachetne i rewolucyjne ich uczynki. Commendante en Jefe jest wszędzie, zawsze w towarzystwie Jose Marti, poety i bojownika, często obok ikony młodszego brata Raula Castro Ruz, wspomaganego portretem Ernesto Che Guevary. Che, jednego z pierwszych antyglobalistów, bezinteresownego i oddanego ideologa rewolucji, zamordowanego 8 października 1967 roku w pobliżu boliwijskiego Higueras, odnaleźć można w wielu miejscach. W hotelach, na murach, na czapeczkach, na koszulkach i podkoszulkach, na monetach i banknotach, na rysunkach, zdjęciach i okładkach książek. Soneros, lokalni muzycy, śpiewają z przejęciem hit ostatnich sezonów Commandante Che Guevara, a prasa, radio i telewizja przypominają co celniejsze hasła Argentyńczyka. Czasem odnosiłem wrażenie, że to pop-kulturowa gwiazda, wprzęgnięta tylko z powodów komercyjnych i marketingowych do socjalistycznej doktryny. Eksponowane są niemal zawsze te same zdarzenia, nieudany szturm Fidela, Che et consortes na koszary La Moncada w 1953 roku, eskapada jachtu Granmana, obalenie Fulgencio Batisty i triumf idei rewolucyjnej. Często zdjęcia te i tabloidy dawno już wyblakły, a tu nie ma wielu chętnych do ich retuszowania.

    Wszystkie hotele dla cudzoziemców mają standard all inclusive, co oznacza uginające się od potraw bufety, pełne lokalnych i międzynarodowych alkoholi bary, całodobowe przekąski, występy folklorystyczne i artystyczne. Każdy, kto w takich warunkach spędzi swoje wakacje, był fizycznie na Kubie, ale jej nawet nie dotknął i nie powąchał. Tylko rejterada z hotelowej paradyzji, wyjazd poza enklawy turystyczne, poza Hawanę, Trynidad, Cienfuegos, Cayo Coco, Cayo Largo, Santiago, Camaquey pozwala na niewielkie choćby poznanie tej największej wyspy Karaibów. Wrażliwi zestawią później hotelowego kelnera oferującego langustę (langosta enchilada) czy owoce morza ze starcem z Hawany dźwigającego nadpsutą rybę, przerzuconą przez plecy ze sznurkiem mocującym na ogonie czy z dziećmi bez butów, w zniszczonych koszulach, proszących o dolara, mydło czy cukierka.

  • Pieniądze kolorowe jak papugi
  • Podróż poza enklawami turystycznymi uzmysławia od razu dramatyczne, często poruszające, kontrasty między Kubą na pokaz, czyli rynkowo-kapitalistyczną, a socjalistyczną, ulokowaną daleko od tras wycieczek, pozbawioną zabytków, muzeów czy ciekawych miejsc. W tej pierwszej dominują okazałe budynki hotelowe, piękne pola golfowe, eleganckie taksówki, wyszukane sprzęty, nowiutkie katamarany, łodzie, paralotnie czy deski windsurfingowe. Za wszystko płacimy w dolarach, jedynie na półwyspie Varadero pełnoprawną walutą pozostaje euro, nie aprobowane już nigdzie poza tym miejscem. O kartach kredytowych lepiej zapomnieć, przyjmuje je niewiele sklepów i restauracji, a bankomatów jest jak na lekarstwo. Wypłacają one peso convertibles, osobliwe pieniądze, kolorowe jak papugi, stanowiące ekwiwalent naszych historycznych bonów PEKAO. Ten, kto na Kubie ma dolary jest na samym szczycie społecznej i majątkowej stratyfikacji. Może bowiem bez trudu kupić wszystko co mu do życia potrzeba na wolnym rynku lub w galeriach handlowych, bogatych w towary, chronionych i monitorowanych, ale już dla Kubańczyków dostępnych. Commanante en Jefe, zadecydował, że od 1993 roku można dolary posiadać, a ten zwrot polityczno-ekonomiczny, o fundamentalnym znaczeniu dla życia kraju, tłumaczył upadkiem obozu socjalistycznego, całkowitym załamaniem handlu cukrem z dawnym Związkiem Radzieckim, trwałym embargo ogłoszonym przez USA w 1960 roku (bloqueo de los Yankis). Legalny dolar, to początek okresu specjalnego (Periodo Especial) i liberalizacji stetryczałej gospodarki socjalistycznej. Świat jest w rękach kapitalistów, mówił Fidel w 1994 roku. A tak czysta i silna rewolucja, jak nasza, jest zobowiązana tę prawdę mieć na względzie.

    Ceny na turystycznej Kubie są wręcz niewiarygodne. Kanapka w podłym barze w Cienfuegos kosztuje pięć dolarów, mała puszka lokalnego (dobrego) piwa Cristal dwa dolary, podobnie jak paczka papierosów. Nie byłoby w tych cenach być może nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że Kubańczyk zarabia – stosując sztywne i oficjalne kursy walutowe – 15–20 dolarów miesięcznie. A jednak nikt na Kubie z głodu nie umiera. Każdy bowiem obywatel ma przydział żywnościowy, odzieżowy i czystościowy, fundowany po cenach minimalnych, liczonych w normalnych peso. Te karty to dokumenty przeżycia i przetrwania, jak mówią o nich sami Kubańczycy. W wyznaczonym sklepie, w którym otrzymasz numer i zostaniesz do niego definitywnie przypisany, dostaniesz po nierynkowo niskich cenach 3 kilogramy ryżu miesięczne, ćwiartkę chleba codziennie, dziecko do lat siedmiu zaopatrzysz w litr mleka, a młodzieńca między 7 a 14 rokiem życia w jogurt. Dostaniesz parę jajek, funt fasoli co dwa tygodnie, paczuszkę kawy, odrobinę mydła, nieco proszku do prania. Możesz kupić kartkową odzież, ale – co tu przeczyć – Kubańczycy starają się być eleganccy, i coraz rzadziej korzystają z zakupów tandetnych, niemodnych ubrań przydziałowych. Tak ja pełne są półki w sklepach dolarowych, tak kompletnie puste w sklepach lokalnych, oferujących towary pozaprzydziałowe. Parę aluminiowych łyżeczek, ocet, podły rum, to właściwie kompletny ich asortyment. Trudno nie przywołać w pamięci kilometrów polskich półek sklepowych zaopatrzonych w ocet i kultową już dzisiaj herbatę Ulung. Jeśli braknie Ci towarów przydziałowych, bez trudu kupisz je na wolnym rynku czy w galeriach handlowych. Ceny są jednak całkowicie inne. Przydziałowe jajko kosztuje dwa centavos, na wolnym rynku 10 razy więcej, a w galerii 10 lub 15 amerykańskich centów.

  • Domy z Brueghela, ludzie z Boscha
  • Dolary maja przede wszystkim ci, którzy znaleźli się w oficjalnym obiegu turystycznym, certyfikowani zapewne przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i zaaprobowani przez policję. A zatem mamy wśród wybrańców managment turystyczny i hotelowy, ale też i tragarzy, kierowców taksówek, przewodników, recepcjonistów, barmanów, kelnerów, sprzątaczki, rikszarzy, dziewczyny z coco-taxi, masażystów, fryzjerów, lekarzy, farmaceutów, animatorów rozrywek i zabaw organizowanych dla turystów, wydających ręczniki, pracowników muzeów, ludzi zatrudnionych w ciekawych i atrakcyjnych miejscach, takich jak farmy krokodyli, kierowników sal restauracyjnych, kierowców i przewodników Cubanacan, najbardziej znanego biura turystycznego, państwowego rzecz jasna, członków zespołów muzycznych. Te ostatnie, często powstałe na fali popularności Buena Vista Social Club, unieśmiertelnionego przez film Wima Wendersa są obecne wszędzie. Znajdą cię nawet w knajpce zgubionej w tropikalnym lesie u podnóża wodospadu EL Nicho. Zagrają, przypomną Polo Montaneza, Ibrahima Ferrera czy Combaya Segundo, kubańskie legendy muzyczne i oczekują na dolara. Wszechobecność utalentowanych muzyków, wyprzedzających oczekiwanie we wszystkich miejscach gdzie pojawią się turyści to przyczynek do nieformalnej komunikacji między Kubańczykami. Muzycy to mistrzowie zabawy, dalecy od traktowania czasu w kategoriach ekonomicznych. Wprawdzie przed laty Fidel ogłosił zasadę: Praca tak, salsa nie (!Trabajo, si! Salsa, no!), ale nie trafiło ono wszędzie na podatny grunt.

    Wszyscy wpisani w obsługę turystów dostają napiwki dolarowe, mroczny obiekt pożądania obywateli skazanych na gospodarkę socjalistyczną. Tych ostatnich spotkasz już parę kilometrów od enklaw turystycznych, choćby w powiatowym Cardenas, ulokowanym 15 kilometrów od wychuchanego Varadero. Ludzie jak z obrazów Boscha, w maleńkich domach, jak z płócien Brueghela, biednych, parterowych bez kanalizacji, ale za to z telewizorem. Odbiornik zakupiony po preferencyjnej cenie pozwala na odbiór wielogodzinnych jeremiad Commandante en Jefe w państwowej telewizji, albo też na specjalnym kanale edukacyjnym. Przemowy 77 letniego już Fidela, słabiej niż kiedyś koordynującego ruchy i gesty, relacje z państwowych konwentykli, partyjnych posiedzeń przeplatane są telenowelami rodzimej proweniencji, łzawymi melodramatami, z rewolucyjnym jednak przesłaniem. W hotelu turysta ma do dyspozycji telewizję satelitarną, z najbardziej znanymi kanałami komercyjnymi, takimi jak HBO czy informacyjnymi jak CNN. Ten pierwszy oglądają nagminnie pokojówki, korzystające z nieobecności gości hotelowych, zaległych na plażach i brzegach basenów. W tym ostatnim, 22 sierpnia, przemawiał G. W. Bush powtarzając niemal jak mantrę zdanie Cuba must be free. Z tego też kanału dowiedzieć się można o opozycjonistach aresztowanych i skazanych na mocy ustawy z 1999 roku o bezpieczeństwie państwa. Na przełomie sierpnia i września 2003 roku podjęli oni w surowym w więzieniu w Holquin dramatyczne próby protestu głodowego. Ich bliscy w liście otwartym do władz piszą o skandalicznych racjach żywnościowych, braku wody, nieznośnym upale. Takich doniesień nie zawiera ani Granma, ani Rebelde, ani inne gazety stanowiące oficjalne organy Komunistycznej Partii Kuby i jej przybudówek. Pełno w nich za to apeli w sprawie Cinco Gigantes (pięciu bohaterów), Kubańczyków aresztowanych i uwięzionych w Stanach Zjednoczonych, oskarżonych o przygotowanie aktów terrorystycznych. Oficjalna prasa i tysiące bannerów apelują o ich powrót do ojczyzny, a w hotelowych foyer wyłożone są specjalne zeszyty zawierające żądania adresowane do Wuja Sama. Podpisów jednak niewiele, składanych najczęściej przez Kubańczyków, czasem gości z Dominikany i bratnich partii rewolucyjnych. Świeżo odmalowany apel o abolicję znalazłem nawet w wiosce zagubionej wysoko w górach. Nie kwestionując jego słuszności uporczywie myślałem o wykorzystaniu zużytej farby na pomalowanie czarnego od brudu budynku lokalnej szkoły. Pięciu Gigantów żegnało z ekranów telewizji lotniskowej, Aerovision, wszystkich wracających z Kuby turystów dziesiątki razy.

  • Granma w toalecie
  • Mimo usilnych poszukiwań nie udało się znaleźć ani wywrotowych zapisów na murach, ani zdarzeń świadczących o jakiejkolwiek zorganizowanej opozycji, ani jednej choćby ulotki, ani jednej najmarniejszej broszury. Być może symboliczny i znaczący jest fakt, ze równiutko pocięte numery Granmy, nie jestem pewien czy uważnie przeczytanej, położono w toaletach hotelu Commodoro, ulokowanego w hawańskiej dzielnicy dyplomatów – Miramar. W czasach świetności spotykali się tutaj przywódcy Trzeciego Świata i delegaci Komunistycznej Partii Kuby. Hawana, a zwłaszcza ta jej część, i Varadero są jeszcze inaczej uprzywilejowane. Tylko tutaj bowiem można zrobić użytek z telefonu komórkowego, a o ograniczony zasięg skutecznie dba państwowy operator CU/C_com.

    W świecie biedy i niewymienialnych peso żyją ci Kubańczycy, którzy mieszkają poza enklawami turystycznymi, nie posiadają prywatnych gospodarstw rolnych, nie uprawiają tytoniu, owoców cytrusowych, nie zwijają cygar, nie destylują rumu, nie hodują krokodyli, ani langust, nie zarejestrowali paladares (prywatnej gastronomii) ani casa particulares (prywatnych pokoi noclegowych). To beznadziejna wegetacja, wielogodzinne wysiadywanie przed małymi, jak łupina orzecha, domkami z szarych pustaków, z bali z palmy królewskiej, z blachy falistej czy eternitu. Zieleń i przyroda są tutaj nadzwyczaj litościwie i nieco kamuflują liszaje na ścianach, ubytki tynku, dachów i brud w najbliższym otoczeniu. Wzrusza spotkany wysoko w górach Sierra del Escambray, Nicolas, ubrany w strzępy koszuli, spodni i pozostałości tenisówek, który z poczuciem dumy pokazał ledwo widoczne na horyzoncie, w samej dolinie, kominy fabryczne. To fabryka cementu – powiedział, która przynajmniej świadomościowo rekompensuje mu jego własne, bezgraniczne, ale już oswojone, ubóstwo. Przeżycie ułatwia stara gitara, jedyny ruchomy majątek na stanie Nicolasa, na której gra niezbyt tutaj licznym turystom, licząc – zasadnie na ogół – na dolarowy datek. Ale w najbardziej nawet opuszczonych przez Boga i podróżników miejscach znaleźć można szkołę podstawową i izbę porodową. Być może to beznadziejna bieda sprawia, ze na wegetującej Kubie niewiele jest psów i kotów. Jeśli z trudem racji żywnościowych starcza dla ludzi, to oczywiste, że brakuje ich dla domowych pupili.

  • Smutek przedsiębiorcy
  • Pomiędzy społecznością obracającą niewymienialnym peso a zbiorowością wpisaną w rynek dolarowy żyją bardzo duże grupy ludzi tworzących szarą strefę i kubańską gospodarkę cienia. To obnośni sprzedawcy prażonych orzeszków, napojów, kanapek, właściciele sklepów domowych, niezarejestrowanych wprawdzie, ale przez państwo tolerowanych. Tylko wprawny przechodzień dostrzeże otwarte lub uchylone okno prywatnego domku, a w pokoju na ścianach odzież, na stołach towary luksusowe takie jak mydło czy proszki do prania. Malowniczo wyglądają też właściciele rowerowych kramów, ściśle selekcjonowani przez plażową ochronę. Oferują turystom bębenki, różańce, muszle, bibeloty, koszulki z Che, talizmany. Tylko część tej działalności jest opodatkowana, za to – zgodnie z socjalistyczną doktryną – horrendalnie. Posiadacz skromnego straganu, z wyrobami własnych rąk, płaci miesięczne, w co aż trudno jest uwierzyć równe 240 dolarów podatku. W zamian może rozłożyć swój kram w czterogwiazdkowym hotelu. Aby jednak myślenie kapitalistyczne nie zachwiało rewolucyjnej wiary może to robić rotacyjnie, jedynie przez dwa tygodnie w miesiącu. Jest szczęśliwy, gdy wypada wówczas turnus kanadyjski i smutny – gdy niemiecki. Ci pierwsi, są dla rękodzielnika hojni, ci drudzy skąpi i gotowi targować się o każdego dolara czy euro. Ale nie ma na co narzekać, nawet najgorsza grupa niemiecka to 150 dolarów miesięcznie netto, dochód o jakim wielu z 11 milionowej ludności może jedynie pomarzyć.

    W szarej i czarnej strefie pracują też jineteros i jineteras. To naciągacze, sutenerzy i prostytutki. Kuba przez pierwsze półwiecze XX stulecia była zamtuzem, burdelem Ameryki i jej kasynem, dostarczała też cukru, rumu i cygar. Teraz po małej liberalizacji, zarządzonej przez Fidela w latach dziewięćdziesiątych historia się powtarza. W Hawanie, w Varadero, w Cienfuegos i Trynidadzie jeszcze do niedawna roiło się od prostytutek i ich opiekunów. Dochodziło do gorszących scen, uwodzenia niemieckich mężczyzn w obecności ich skonfundowanych żon, nachalnego nagabywania. Własne ciało stawało się źródłem dolarowych dochodów. Nowe, interwencyjnie przyjęte, prawodawstwo karze zatrzymaną po raz drugi prostytutkę mandatem, a następne spotkanie z policją skutkuje już obozem reedukacji i resocjalizacji, w najlepszym przypadku – odesłaniem do domu na prowincję, do socjalistycznej beznadziei.

  • Człowiek z bawołem
  • Na pograniczu szarej strefy wylądowali posiadacze plantacji tytoniu z prowincji Pinar del Rio, limitowanych jednak przez państwo do 5 hektarów. Wprawdzie część liści musi trafić do kubańskich fabryk, ale zapłatę otrzymują ci wybrańcy częściowo w dolarach. Część zebranego tytoniu trafia nielegalnie – z punktu kubańskiego prawa – na wolny rynek i do nielegalnych fabryczek. Także i tu bez trudu dostrzec można niezmienną pod każdą szerokością geograficzną przebiegłość chłopa i jego spryt w obchodzeniu krępujących i krzywdzących przepisów. Wykazują się nim rolnicy prywatni uprawiający własne pola, zobligowani dostawami kontyngentowymi, ale też upoważnieni do sprzedaży części produkcji rolnej na wolnym rynku. Uprawa kukurydzy, fasoli i roślin strączkowych, owoców, hodowla kur to niezły biznes, jak na kubańskie standardy. Prywatne rolnictwo karane jest jednak wyłączeniem z powszechnego na Kubie, a nieobecnego w wielu regionach kraju, systemu emerytalnego. Tylko ci, którzy pracują w państwowym sektorze rolnym, w fabrykach Hawany, Santiago czy Cienfuegos, są funkcjonariuszami państwowymi, policjantami, agentami tajnych służb skasują później comiesięczne wypłaty emerytalne. Są one wprawdzie liche, wynoszą bowiem około 150 peso (czyli w przeliczeniu wolnorynkowym parę czy paręnaście dolarów), ale oddani socjalizmowi aparatczycy mogą dostać więcej. Sam jednak fakt stałych poborów jest przecież ekonomiczną i społeczną nobilitacją.

    W szarej strefie znaleźli się też obywatele, dla których nie starczyło już miejsca w gospodarce dolarowej. To ludzie pozujący do fotografii, młode Kubanki i nobliwe matrony, sobowtóry commandante Che, starzy ludzie w strojach z lat trzydziestych, gazeciarze wciskający komunistyczną prasę na schodach hawańskiej katedry, klowni, ludzie z wężami, z bawołem, z krokodylem, chomikiem, zwyczajni wydrwigrosze, domorośli karykaturzyści, muzycy uliczni osaczający turystę, właściciele oldtimerów, którzy na kubańskich drogach jest wciąż bardzo dużo. Chevrolety, buicki, fordy z lat pięćdziesiątych zaświadczają o niezwyczajnych zdolnościach lokalnych mechaników. Aż trudno w to uwierzyć, że motoryzacyjny złom, żłopiący deficytowe na wyspie paliwo, jest wciąż na chodzie i ma się jak na swoje lata całkiem dobrze. Pracownicy muzeów za dolara pozwalają zrobić zdjęcie, zasiąść na historycznym stolcu, czy nakręcić film dokumentujący wielką przeszłość pałaców zbudowanych przez baronów cukrowych, takich choćby jak Herman Cantero z Trynidadu. Dokuczliwi są też sprzedawcy monet z podobizną Che i licznych jego konterfektów. I na koniec, pospolici żebracy, często starzy i, przeciwnie, nieprzyzwoicie młodzi. Ci ostatni widoczni na prestiżowym bulwarze stolicy Malecon, długim na osiem kilometrów, ulubionym miejscem spotkań stołecznej society. Poraża jednak skala dewastacji olśniewających jeszcze przed rewolucją kamienic, pięknych ongiś wykuszy, attyk, kolumn, pilastrów czy kariatyd. Alejo Carpentier powiedział, że Hawana to miasto kolumn. Są one jednak zniszczone, zrujnowane, z plątaniną kabli elektrycznych, pokryte pleśnią, o nijakiej barwie, z trudem zaświadczając od dawnej świetności budowli. Fidel i jego rewolucyjni komilitoni przez długie lata z niechęcią patrzyli na miasto stołeczne, siedlisko burżuazyjnego zła, pamiętające jeszcze Alfonsa Capone, Meyera Lenskiego i całe zastępy pomniejszej gangsterii. Dowartościowywali natomiast wieś i chłopstwo, tragarza wartości socjalistycznych na wyspie. Dopiero teraz, kiedy wpływy z turystyki stanowią blisko 45% budżetu Kuby, czyli o połowę więcej niż wpływy cukrowe, łaskawszym okiem zreformowani rewolucjoniści spojrzeli na punktową sanację starej Hawany i niektórych jej budynków, zwłaszcza o historycznym znaczeniu, przypominających na przykład Papę Hemingwaya i jego restauracyjne pasje. La Bogdeguita del Medio zaoferuje ci niezrównany koktajl mojito, na bazie rumu i mięty, a Floridita ulubione przez noblistę daiguiri, rum pomieszany z cytrynowym sorbetem.

  • Spocone udo tabaqueras
  • Rewolucyjny management odwołuje się często do rewolucyjnych tradycji proletariatu miejskiego i lokalnych bohaterów. Z całą pewnością takie referencje robią wielkie wrażenie zwłaszcza jeśli zderzyć je z warunkami pracy robotników. Wizyta w hawańskiej fabryce cygar, o niekwestionowanej reputacji, ulokowanej nieopodal muzeum Czynu Rewolucyjnego, eksponującego przeszkloną replikę jachtu Granma na długo pozostaje w pamięci wizytantów. W brudnej sali, w ławkach z pulpitami z drzewa mangowego siedzą tabaqueros i ręcznie kręcą cygara. Nie robią tego wprawdzie na spoconych udach kobiety, bo wtedy podobno używka jest najlepsza i najbardziej aromatyczna, ale cygara typu Cohiba esplendido, Montecristo, Romeo y Julieta mają najwyższe znaki jakości. Andrzej Wajda mógłby tutaj bez zmiany dekoracji nakręcić najbardziej ponurą część Ziemi Obiecanej. Dziurawy sufit, brak okien, wentylacji, brud, smród, dorodne karaluchy, wstrętne sanitariaty to obraz, którego długo nie można zapomnieć. Pomiędzy pracownikami siedzą niekiedy pociechy, zwłaszcza, jeśli matka nie może posłać ich do przedszkola czy powierzyć opiece bliskich. A przecież pracownicy Corony to ludzie uprzywilejowani. Za osiem godzin pracy codziennie od poniedziałku do piątku, za pracę w dwie soboty miesięcznie otrzymują 250 pesos, czyli równowartość dziesięciu dolarów wedle kursów czarnorynkowych. Rzecz w tym, co podkreślił, przewodnik 6% tej kwoty wypłacanych jest w banknotach z podobizną Waszyngtona.

    Osobną kategorię w socjalistycznej gospodarce Kuby stanowią właściciele paladares i casa partriculares. To symbol drobnej, domowej i rodzinnej, przedsiębiorczości, bojaźliwie obserwowanej przez kubańskich rewolucjonistów. Właściciel jadłodajni może wstawić do niej nie więcej niż dwanaście krzeseł, ulokowanych przy trzech lub czterech stolikach. Przy obsłudze nocujących gości nie można zatrudniać nikogo spoza najbliższych, a drakoński system podatkowy skutecznie tę działalność ogranicza, choć w żadnym stopniu jej nie eliminuje. Tylko teoretycznie paladary dzieli się na kasujące w dolarach i w peso, w rzeczywistości wszystkim przedsiębiorcom potrzeba dolarów, a nie bezwartościowych, poza systemem reglamentacji, banknotów Narodowego Banku Kuby.

  • Szczęka Gustavo
  • Ludzie związani z obiegiem dolarowym to nowa i całkiem już spora siła społeczna. Trudno ją będzie dalej ograniczać, nawet przy pomocy najbardziej słusznej i przez wielu podzielanej ideologii socjalizmu i egalitaryzmu. To tragarze cichej rewolucji gospodarczej, politycznej i kulturowej. Są wprawdzie łapczywi, czasem trudni w kontaktach, sprawiający wrażenie jakby się spieszyli przed wygaszeniem ich działalności przez czujne Komitety Rewolucyjne. Ale jest niemal pewne, że te dwa miliony osób – od chłopów uprawiających cytrusy, tytoń, aż po prostytutki, to zbiorowość, która poznała już smak i potęgę amerykańskiej waluty, zaznała spokojnej i ostentacyjnej, jak na Kubę, konsumpcji. Czasem ta ostentacja jest zabawna. Gustavo, przedsiębiorca z Hawany, gość basenu w Commodoro, inkrustrował zęby złotem, a tak niepospolita szczęka to dowód jego zamożności i tym samym osobistej atrakcyjności.

    Obserwacja Kubańczyków to odczytywanie historii wyspy. Joseph Conrad pragnąc jak najlepiej oddać profil charakterologiczny Kurtza, mrocznego bohatera Jądra ciemności, powiedział, że złożyła się nań cała Europa. Zachowując wszelkie proporcję można powiedzieć, że na mieszkańców Kuby złożyła się Ameryka Przedkolumbijska, Europa, Afryka, a nawet Azja. Niektórzy Kubańczycy to przecież potomkowie Arawaków, pierwotnych mieszkańców wyspy, których Kolumb spotkał podczas pierwszej penetracji Kuby w październiku 1492 roku. Wprawdzie 100 lub 200 tysięcy Indian szybko wyginęło, zdziesiątkowały ich choroby, wyniszczająca praca przymusowa, rzezie i głód, ale ślad demograficzny pozostał. Już wkrótce, poczynając od 1522 roku, na wyspę oprócz Hiszpanów, trafiać zaczęły afrykańscy niewolnicy. W XIX stuleciu zamieszkała tutaj spora grupa Chińczyków. Można więc sobie wyobrazić jak zróżnicowane typy antropologiczne widoczne są na wyspie. Biali, mulaci, metysi, czarni jak heban, ludzie o skośnych oczach, włosach typu fil-fil, białej cerze i negroidalnych rysach podlegają upraszczającym spisom demograficznym. Ostatni z nich odbył się w 2002 roku, ale jego wyniki nie zostały jeszcze opublikowane. Wedle oficjalnych enuncjacji 66% Kubańczyków to biali, 21,9% – Metysi i Mulaci, 12% czarni, 0,1% – Chińczycy. Wielokrotnie socjalistyczne slogany podkreślają równość obywatelską wszystkich mieszkańców, ich rewolucyjną podmiotowość, ograniczającą zasięg znanego w świecie latynoskim – machismo.

  • Cuba si: Fidel i turyści
  • Nawet najmniej bystry spacerowicz i włóczęga dostrzeże szanse Kuby. Commandante en Jefe, mimo przypisywanych mu cech heroicznych, odejdzie kiedyś z urzędów, a duch przedsiębiorczości, już wyraźny, choć tłumiony z powodów ideologicznych, jeszcze bardziej rozkwitnie. Już teraz dolarowa gospodarka uzmysłowiła ludziom, ze można żyć mniej siermiężnie, a bardziej dostatnio. W interesie Fidela jest pielęgnowanie politycznej ciszy nad wyspą. Turystyka jest nadzwyczaj wrażliwa na zdarzenia gwałtowne, rodzące ludzką neurastenię i nadwrażliwość. Nawet najbardziej udane zbiory trzciny cukrowej, zwiększony popyt na kubański nikiel, langusty, grapefruity, banany, ananasy, papaje, mamei czy pomarańcze nie dostarczą takich wpływów jak dwa miliony turystów odwiedzających wyspę. Ci zaś doceniają naturalne piękno Kuby, życzliwość, mieszkających tam ludzi, wpisanych przecież w opresyjny reżim, wymuszający donosicielstwo, ograniczający elementarne swobody obywatelskie, pozbawionych paszportów, telefonów i niepaństwowych mediów.
    Marek S. Szczepański
    Tychy, wrzesień 2003



    >> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

    AddThis Social Bookmark Button

    Comments are closed.