McDonald’s w uniwersytecie (II)


spis
prof. Marek S. Szczepański
Notatnik spóźnionego przybysza

 

Notatnik spóźnionego przybysza

McDonald’s w uniwersytecie (II)

 

Masowemu studiowaniu w III RP towarzyszy, gdyby użyć pospolitej metaforyki, żelazne prawo akademickiej rury. Do jej wnętrza wchodzi student pierwszego roku, a opuszcza po pięciu zazwyczaj latach absolwent z tytułem magistra lub ekwiwalentnym. Tymczasem szkole wyższej potrzebna jest większa selekcja. Niektórzy poprzestać winni na wyższej szkole zawodowej, inni pomaturalnej, a najlepsi, zdolni i pracowici, zaznać dobrodziejstw uniwersytetów. Tylko niektórzy z najbardziej utalentowanych przyjmują propozycje pozostania na uczelni, godząc się na klepanie niedostatku za 1000 złotych stypendium naukowego. To dobre dla samotnych i kawalerów, dzieci osób zamożnych, gotowych finansować dorosłe już pociechy. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć jednego z wybitnie uzdolnionych absolwentów, którego zawodowym przeznaczeniem, nie mam co do tego wątpliwości, była kariera akademicka. Moja ówczesna oferta, w wysokości 800 złotych, została życzliwie odrzucona. Młodzieniec miał na utrzymaniu świeżo upieczoną żonę lekarkę, o podobnym uposażeniu i maleńkie dziecko. Dobrze przynajmniej, że Marcinowi powiodło się w biznesie, a sklepy muzyczne, które założył prosperują.
Do uniwersyteckiej rury za rzadko dostają się przedstawiciele hołubionej niegdyś, a dzisiaj zdegradowanej symbolicznie i ekonomicznie, klasy robotniczej oraz chłopskiej. Realna, zatem staje się groźba zjawiska, które w socjologicznym żargonie nazywane bywa reprodukcją struktury społecznej poprzez system oświatowy. Chodzi tutaj w istocie o to, że dziecko robotnicze najprawdopodobniej, choć nie zawsze, powieli drogę życiową rodziców. Podobnie też syn rodziny chłopskiej stanie się chłopem lub robotnikiem wiejskim, a dziecko inteligenta ponownie inteligentem. To błędne koło pozostaje w głębokiej sprzeczności z ideami państwa obywatelskiego, wyrównywaniem szans, wsparciem finansowym i intelektualnym dla świata głębokiej prowincji, ulokowanego z dala od uniwersytetów i szkół wyższych.

Mcdonaldyzacja uczelni wyższych i uniwersytetów prowadzi także do wielu innych zjawisk o jednoznacznie patologicznym charakterze. Coraz częściej i głośniej mówi się o transakcjach kupna–sprzedaży gotowych prac licencjackich i magisterskich, wcześniej już obronionych. Pojawiają się nawet w nobliwych murach uniwersyteckich ogłoszenia o takiej starzyźnie intelektualnej i kontaktowe numery telefonów oferentów. Nie ulega wątpliwości, że tylko staranna i systematyczna praca profesora i promotora z dyplomantem, ogranicza, ale nie eliminuje takie przypadki naukowego zepsucia.

Masowość studiowania sprawia, ze dyplomy tracą na znaczeniu i prestiżu. Staja się dobrem powszechnym, a wysiłek włożony w ich uzyskanie równy jest, jak wielu sądzi, zdobyciu przed laty świadectwa maturalnego. Fatalnym cieniem na środowisku akademickim kładą się stosunkowo liczne, haniebne i zawstydzające, plagiaty prac naukowych popełniane przez pracowników nauki, często utytułowanych, pełniących wysokie stanowiska w uczelnianej hierarchii. Przeżyłem prawdziwy wstrząs, kiedy usłyszałem, ze pod zarzutem plagiatu staje rektor jednej z uczelni, w której nota bene wyrokiem sadowym stwierdzono i ukarano inną kradzież intelektualną. Trudno uwierzyć, ale profesor jednej z polskich uczelni sam napisał recenzję z własnego, polecanego przez się, podręcznika, a następnie podpisał ją nazwiskiem uczonego amerykańskiego, polskiego pochodzenia. Nic, zatem dziwnego, że w dorocznym raporcie berlińskiej Transparency International, wyspecjalizowanej w międzynarodowych studiach porównawczych nad korupcją, po raz pierwszy obok tradycyjnych grup zagrożenia, polityków, posłów i senatorów, samorządowców, policjantów, przedstawicieli służby zdrowia i sądownictwa, znalazła się w obszarze korupcyjnego ryzyka grupa pracowników naukowych polskich uczelni. Niepokojące wyniki przynoszą także studia Centrum Badania Opinii Społecznej. Zgodnie z nimi w 1997 roku jedynie 2% dorosłych Polaków wskazywało na edukację jako skorumpowaną dziedzinę życia publicznego. W dwa lata później już pięciokrotnie więcej, czyli aż 10%, a w 2004 – 11%.

Nie mam żadnych wątpliwości, że zdecydowana większość kadry naukowej pracuje uczciwie, dobrze i w zgodzie z profesjonalnym przeznaczenie, ale masowość studiowania, pokusa mcdonaldyzacji dają znać o sobie, sprzyjając zjawiskom absolutnie nagannym i niezgodnym z ideą universitas. Ułatwiają także tworzenie mitów i mitologii, powtarzanych później przez urzędników ministerialnego szczebla. Całkiem niedawno z codziennych gazet można było się dowiedzieć, że lider-rekordzista na edukacyjnym rynku pracował na siedemnastu etatach. To oczywiście przesada i jeśli sytuacja taka miała miejsce – wymaga krytycznego osądu. Jestem absolutnie przekonany, że godziwa płaca na jednym uniwersyteckim stanowisku profesorskim ograniczyłaby ten typ praktyk. Dopóki formalne pobory na uniwersytecie będą niskie, dopóty kontredans profesorski trwał będzie nadal, a nawet się nasilał. Jestem też przekonany, ze znacznie ważniejsze niż liczba etatów jest rzetelne i odpowiedzialne wykonywanie zawodu przez uczonego, jego oddanie poznawczej i dydaktycznej pasji.
Marek S. Szczepański


>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.