Wyścig szczurów? Nie. Dziękuję


spis
prof. Marek S. Szczepański
Notatnik spóźnionego przybysza

 

Wyścig szczurów? Nie. Dziękuję

Przyjmuje się powszechnie, że eksperymenty laboratoryjne przeprowadzane w minionym stuleciu przez austriackiego uczonego Konrada Zachariasza Lorenza, dały podstawę nowej dyscyplinie naukowej, nazywanej etologią. Jej przedstawiciele badali zachowania zwierząt w różnorodnych, często ekstremalnych i nadzwyczajnych, sytuacjach. Do takich studiów wybierano stworzenia inteligentne, społecznie zorganizowane, o czytelnych regułach zachowań. Nic zatem dziwnego, że w badaniach nadzwyczaj często uczestniczyły szczury. W jednym z przedsięwzięć obserwowano gryzonie stłoczone na małej powierzchni i, dodatkowo, skazane na głód. Kiedy organizatorzy eksperymentu zaczęli podawać skąpe ilości pokarmu, rozpoczął się bratobójczy bój o przetrwanie i wcale nierzadkie były przypadki kanibalizmu czy wręcz dzieciożerstwa. Uporządkowane dotąd życie społeczne ulegało całkowitemu rozpadowi, zabrakło respektowanych w stadzie gryzoni reguł, a sens zachowań został zredukowany do walki o biologiczne przetrwanie. To badawcze przedsięwzięcie dało początek terminowi wyścig szczurów, stosowanemu później także w odniesieniu do ludzi. W potocznym rozumieniu chodzi o bezpardonowy bieg do sukcesu życiowego, zwłaszcza zawodowego, bez względu na indywidualne i społeczne koszty. Pojęcie to, kojarzone jednoznacznie negatywnie wiąże się z filozofią sukcesu, nieopartą na jakimś czytelnym systemie wartości, norm, na dekalogu czy przekazie religijnym. Jego istotę można sprowadzać do równoważnika zdania: olśnij sukcesem albo giń i znikaj. Ten naganny społecznie model kariery jest dostrzegalny nie tylko w Stanach Zjednoczonych, Japonii czy starych państwach Unii, ale także upowszechnia się coraz wyraźniej w Polsce. Część rodaków traktuje błędnie takie zachowania jako naturalny wymóg nowoczesności.

W wyścigu szczurów szczególną rolę odgrywa nieokiełznana potrzeba osiągania. W socjologii definiuje się ją jako bezwzględne pragnienie sukcesów, awansów i wygranych. Dotknięty nią człowiek, nie bacząc na koszty, jakie ponosi, stara się być w obłąkańczym wyścigu przed innymi, a porażkę w biegu traktuje na równi z katastrofą życiową. Na potrzebę osiągania składają się trojakie potrzeby mniejszej rangi, o nieznośnie wyszukanych nazwach. Pierwsza z nich to potrzeba hubryzmu, druga – transgresji i wreszcie trzecia – kratyczności. W języku starogreckim termin hubris oznaczał pragnienie gorszącego wywyższenia się ponad innych, wywołującego gniew bogów. Dzisiaj pojęcie to straciło negatywny sens i donosi się do działań zmierzających do bycia najlepszym w grupie zawodowej czy rówieśniczej. Nie ma w tym niczego nagannego, jeśli rywalizacji towarzyszy zasada fair play, uczciwości i etyki. Często jednak się zdarza, że hubryzm przybiera skrajne formy, a walka o miejsce na podium przesłania wszelkie inne działania człowieka. Tajemniczy termin transgresja oznacza z kolei zdolność do przełamywania ludzkich słabości i przekraczania własnych ułomności, a wcześniej odważnego ich rejestrowania. I znowu nie ma nic złego wtedy, gdy człowiek o niskich talentach językowych uczy się, mimo wszystko, angielskiego, niemieckiego czy francuskiego, a matematyczny laik zgłębia najbardziej podstawowe reguły Pitagorasa. Gorzej, jeśli kobieta, za wszelką cenę, w drodze kilkudziesięciu operacji plastycznych upodobnia się urodą do lalki Barbie, a jej towarzysz w wyniku żmudnej i wieloletniej pracy chirurga uzyskuje powierzchowność lalki Kena. To także transgresje, ale czy pożądane społecznie? I wreszcie potrzeba kratyczności, czyli pragnienie mocy sprawczej i władzy polega na tym, że człowiek przekonany do własnych idei, pomysłów zaraża swoją pasją innych, namawia do działania i aktywności. Ale i w tych przypadkach wyobrazić bez trudu sobie można tyrana, satrapę, przekonanego o indywidualnym geniuszu, talentach i bezprzykładnych umiejętnościach.

W każdym niemal działaniu i postępowaniu człowieka ważny jest pierwiastek prometejskości i równowaga zachowań prospołecznych oraz egocentrycznych, odrobina stanów współczucia innym, którą uczeni nazywają empatią. Prometeusz, półbóg, półczłowiek wykradł bogom olimpijskim ogień i w wielkodusznym geście ofiarował go ludziom. Od tej pory, przykuty do skał Tartaru, cierpi, gdy sęp wydziobuje mu, odrastające na szczęście, wątrobę i śledzionę. Antyczny heros do dzisiaj pozostaje symbolem triumfu altruizmu nad egoizmem.

Mam pełną świadomość, że w naturę człowieka wpisany jest element rywalizacji i konkurencji, często destrukcyjnej i wyniszczającej. Od czasu do czasu warto jednak, w codziennym maratonie, pozwolić sobie na chwilę zbawiennej przerwy i refleksji. Sam ją sobie zafundowałem w tygodniu, w którym dwie kolejne moje wychowanki zgłosiły się z prośbą o zgodę na urlop dziekański i studia w trybie indywidualnym. W obu przypadkach diagnoza psychiatry była jednoznaczna: ciężka depresja, wywołana nadmiarem powinności i obowiązków, kompletnie nieskorelowanych z limitem czasu do dyspozycji. Okazuje się, że niełatwo być jednocześnie dobrą żoną, matką, bizneswoman, studentką, dyplomantką, opiekunką schorowanych rodziców i grupki domowych zwierząt. W takich sytuacjach choćby tylko przez chwilę warto pamiętać o złotym środku opisanym przez mistrza antycznej filozofii – Arystotelesa. Ten mędrzec urodzony w macedońskiej Stagirze zawsze przypominał o cnocie umiarkowania, szczodrości, wielkoduszności czy łagodności. Trzeba więc – jak mawiał – zapalić dla siebie i innych choćby małą lampkę aniżeli tylko przeklinać ciemności. Nie od rzeczy będzie również refleksyjny powrót do piosenki Golców przewrotnie zatytułowanej: Kto się leni ten się ceni.

Tychy, grudzień 2004



>> RSS 2.0 feed. >> Both comments and pings are currently closed.

AddThis Social Bookmark Button

Comments are closed.